Gdy gramolę się z łóżka, gdy wychodzę pracy, gdy z niej wracam, gdy idę spać. Widzę ciemność. Wiem, że jest tak co roku, i w sumie przez moje stosunkowo dość krótkie życie powinnam się przyzwyczaić. Jednak co roku, tak jak drogowców, mnie zima również zaskakuje. Nawet czarno-biały śnieg nie pomoże pozbyć się tej ciemności, która jest nie tyle na zewnątrz, co i wewnątrz. „Idą święta”, w moich uszach brzmi mi jak „zbliża się koniec świata”. I to nie dlatego, że jestem niewierząca. Ostatnio z różnych źródeł, różnymi mediami, drogami wąskimi, jakimiś takimi strużkami ciemnej masy wpływają do mojej głowy okropne informacje. I ta lepka, czarna ciecz wypełnia mi czaszkę. I z każdym dniem sięga do coraz wyższej podziałki. A gdy wracam do domu wszystko się kończy. Jeżdżę z Kazikiem udając złomka albo zygzaka i droga nam się kończy i Kazik krzyczy- leć!! I lecę razem z nim.. aż do kolejnego poranka.