Nie znam żadnego Andrzeja. Z jednym kiedyś chodziłam do podstawówki, siedziałam nawet w ławce. Był strasznie mądry i dobry z matmy. Ja byłam (i nadal jestem) typową humanistką, więc znajomość była świetnie dopasowana. Jednak jak wszyscy dobrze wiemy znajomość i przyjaźń nie na takim dopasowaniu ma się opierać, wszystko rozeszło się po kościach. Ale nie o kościach chciałam pisać. Ostatni mój post jest z marca- teraz jest okropna jesień i w sumie sama nie wiem, kiedy te parę miesięcy zleciało. Najpierw zleciało na ogromnej przeprowadzce, która kosztowała mnie 3-4 kilo mniej, parę nieprzespanych nocy i kupę kasy. Jesteśmy teraz w swoim ukochanym, nowym miejscu, gdzie jest tak jak miało być- jasno i pusto. Jestem już z powrotem w korpo i tęsknię ogromnie za ciepłymi dniami spędzonymi na 5,6 różnych placach zabaw tygodniowo. Chociaż wtedy wydawało mi się to absurdalne i wkurzające- teraz tęsknię za tymi babciami i zapyziałymi mamami i ich spojrzeniami na moją wydzieraną i zbyt odstającą od wszystkich innych mam osobę. Za ciągłymi pytaniami o wiek i umiejętności mojego syna. Za moim tworzeniem kategorii mam i babć. Najbardziej lubiłam typ „mama podróżniczka”- która w swoim wózku oraz plecaku, nadającym się na wspinaczkę górską, miała wszystko. Podejrzewam, że nawet i latarka by się tam znalazła ( żeby zajrzeć dziecku w ucho?) Typ „mamy podróżniczki” to sportowe (bardzo sportowe) ubranie, plecak, nerka i buty do terckingu przy 25 stopniach. Drugi typ to „nie biegaj bo się spocisz”, czyli mama na krok nie odstępująca dziecka, nawet przy dłubaniu dołka w piaskownicy. Musi być przy tym obecna, musi pomagać, musi podpowiadać..musi, bo jak nie to dziecko na pewno się udusi, utopi, zadźga się patykiem, albo zostanie dźgnięte przez innego bachora. A potem, jak już znałam na pamięć każdy zakamarek każdego placu zabaw znajdującego się w odległości 20 km od domu pojechałam na wieś. Najprawdziwszą na świecie. I tam przez cały miesiąc moczyliśmy się z Kazikiem w jeziorze, w basenie na ogródku, wieczorem chodziliśmy po mleko do krowy i podziwialiśmy „zagraniczne” odmiany kur na podwórku sąsiada. Wtedy też rozhulałam się kulinarnie: moje pierwsze drożdżówki z serem, jagodzianki z jagód własnoręcznie uzbieranych ( do dziś nie zapomnę sinych ust Kazika- mój mały truposzek J ) oraz pierogi z farszem z kaczki, którą sąsiadka specjalnie dla nas ubiła. I kiedy już wyschły pożegnalne łzy, zaczęłam pichcić. I mogę dziś stwierdzić z nieukrywaną skromnością, że jestem panią pierogarą i bułkarą-drożdżarą. Zapas drożdży w domu musi być bo jak nie ma, to jak bez ręki. Pierogi na czarną godzinę w zamrażarce też są obowiązkowe. I tęskno mi za byciem kurką domową. Za wspólną drzemką po południu, za tą cholerną rutyną. Bo teraz moje dziecko jest wychowywane przez instytucję żłobkowo-przedszkolną a ja jestem mamą tylko przez 4 godziny na dobę i co jest w tym wszystkim najgorsze, to to, że mam wrażenie iż paniom przedszkolankom wychodzi to łatwiej, bo od września Kazik zaczął mówić prawie pełnymi zdaniami, robić na nocnik i bawić się w układanie autek w porządku znanym tylko sobie. Ale to układanie w porządku to chyba w genach po mamusi ma ;)